Chapters
Chapters

„Teraz tylko w dół”. To ostatni napis na 52-kilometrowej trasie Chudego Wawrzyńca, jaki przeczytałem. W dół. Droga do piekła. Przez szatańską trasę.

Po diabelnie irytującym zbiegu z siarczystym nachyleniem terenu. Coraz niżej, coraz cieplej, coraz bardziej pali: skóra, stawy, płuca, mięśnie. Na końcu czeka diabeł (widziałem go na zdjęciach z zeszłego roku: łysy facet przyprawiający sobie rogi z palców – będzie rozdawał medale).

Nie jestem wierzący, ale gdy ciało ma już dosyć, umysł potrafi robić z owym ciałem rozmaite podłe sztuczki. Ja ból zamieniłem na złość. Irytację, nienawiść, bunt – nazwijcie to, jak chcecie. Nie miałem zamiaru się poddać, ale coś we mnie było wściekłe, że choć koniec jest blisko, to muszę to jeszcze znosić: 37 stopni upału, słońce prosto w wybałuszone ze zmęczenia gały i zbieg, który z każdym krokiem bolał coraz intensywniej.

Kiedyś mądry człowiek powiedział mi, że umysł warto czymś zająć. Jakąś mantrą, powtarzającym się tekstem, który przyniesie na chwilę ukojenie. Wywoła refleksję poszerzającą kurczący się w bólu świat. Nauczył mnie „Modlitwy o pogodę ducha”. Zaczyna się od słów do Boga. „Skoro w niego nie wierzysz, to uznaj, że to słowo odnosi się do jakiejś siły wyższej, czegoś, kogoś silniejszego: losu, natury”.

„Użycz mi pogody ducha
Abym mógł godzić się z tym, czego nie mogę zmienić
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Pozwól mi co dzień żyć tylko jednym dniem
I czerpać radość z chwili, która trwa
I w trudnych doświadczeniach losu
Ujrzeć drogę wiodącą do spokoju.
Przyjąć, jak ty to uczyniłeś, ten grzeszny świat
Takim, jaki naprawdę jest
Nie takim, jak ja chciałbym go widzieć”.

Może szło to jakoś inaczej. Tak to zapamiętałem. Tak to sobie mówiłem, gdy za sobą miałem 43 kilometry.

Powiększ

Na trasie biegu Chudy Wawrzyniec
Na trasie biegu Chudy Wawrzyniec

fotomaraton.pl

Nie mogłem zmienić tego, że do mety jest jeszcze jakieś siedem, że droga do niej jest wyznaczona przez kogoś innego. Nie mnie – jakąś siłę wyższą, jakkolwiek ją rozumiemy, a w tym momencie tą siłą był organizator, którego znałem i mogłem sobie go zwizualizować. Wyższy ode mnie, szczupły, z bródką. Nienawidziłem go. Głupio się przyznać, bo Krzyśka znam i to bardzo fajny facet, ale na kimś musiałem skupić swoje żale. Tyle że ta złość nic mi nie dawała. Absolutnie nic. Rozsądniej było poszukać odwagi, by zmienić swój stan. Ponieważ nie zamierzałem się poddać i nie mogłem w magiczny sposób znaleźć się na mecie, mogłem powalczyć o pogodę ducha.

Sami widzicie, że nie da się w tym samym czasie myśleć o stawach, ścięgnach i pragnieniu, gdy w głowie prowadzi się jakiś pseudofilozoficzny monolog.

Miałem za to ten jeden dzień. Dziś. Dziś ruszyłem na trasę swojego pierwszego biegu ultra – Chudy Wawrzyniec. Dziś spotkałem masę niezwykłych ludzi. Dziś jestem w górach. Dziś mogę czerpać radość z chwili, która trwa. A czy nie jest radosna świadomość, że ma się w nogach najdłuższy jak dotąd dystans w życiu? Na koncie miałem dwa oficjalne maratony i jeden treningowy. A teraz pokonałem już więcej i trzymam się w jednym kawałku, choć to już 6 godzin napierania w górę i w dół. Od 4. rano walczę ze swoimi słabościami, kryzysami i… wygrywam.

Przecież jeszcze w tym roku leżałem na stole operacyjnym z rozdłubanym kolanem, z którego ortopeda wyciągał fragmenty zmiażdżonej łąkotki

To trudne doświadczenie prowadzi mnie do realizacji jakiegoś marzenia, które tkwiło we mnie od lat. Marzenia z rodzaju tych, które najpierw mierzymy rozumem i mówimy sobie: to nierealne. Przecież jeszcze w tym roku leżałem na stole operacyjnym z rozdłubanym kolanem, z którego ortopeda wyciągał fragmenty zmiażdżonej łąkotki. Trzy miesiące temu neurochirurg straszył mnie konsekwencjami dyskopatii powodującej czasem potworny ból głowy. Dwa miesiące przed Wawrzyńcem zdychałem, usiłując przebiec w lesie 20 km. A teraz mówię sobie, że mam w nogach 45 kilometrów i spokój znajdę na mecie. Grubo!

Nawet gdy było ciężko, to obiektywnie ten bieg był niesamowitym wydarzeniem. Tak naprawdę dało się go przebiec szybko (o czym można się przekonać, czytając wyniki najlepszych), nikomu krzywda się nie dzieje.

Chory plan

Pomagało. Na chwilę. To rozbieranie na części swoich obaw i złości pozwoliło mi na moment przestać żałować śniadania. Źle zacząłem dzień, zjadłem niesprawdzone masło orzechowe i gofry. Zapłaciłem za to skurczami żołądka, nudnościami, zawrotami głowy, na pierwszych 20 kilometrach. Przez kolejne 20 bałem się, czy nie wrócą i kląłem, że odebrało mi to siły. Fajnie jest na siebie ponarzekać, poużalać się. Tyle że do niczego to nie prowadzi. Wiem za to, że przed następnym biegiem będzie śniadanie Małysza (bułka i banan), a nie jakieś czary z orzeszków i nasion chia.

To przez to pierwsze, asfaltowe kilometry, przeleciały szybko, ale boleśnie dla żołądka. Na Rachowcu miałem już zawroty głowy, nie pamiętam, jak dostałem się na Kikulę. Przyznaję, że miałem plan. Tak samo chory jak mój żołądek.

Skoro bieg po górach to ogromny wysiłek, to wezmę go na klatę i będę napierał z zaciśniętymi zębami (żeby nie puścić pawia, rzecz jasna) i dzięki temu spalę to, co mnie dobija. Plan prawie się udał, bo części trucizny pozbyłem się nie tylko poprzez spalanie wewnątrzkomórkowe.

Do Wielkiej Raczy nie mogłem jeść i prawie nie dawałem rady pić. Przełykałem tylko trochę wody. Dalej zaczął się już grill. Przypiekały promienie słońca. Odwodniony i z pustym żołądkiem zaryzykowałem sole mineralne w tabletkach. Wcześniej mój żołądek odrzucał wszystko, ale sole przeszły. Wapń, magnez, potas, żelazo, cynk, mangan, selen, miedź, jod, chrom przywróciły mnie do świata trąconych wirusem ultra. Nie czułem się nim. W ogóle miałem czasem wrażenie, że jestem tam trochę nie na miejscu.

Nawet cieszyłem się, że osłabłem na początku przez zatrucie, bo inaczej – kicha. Leszek, z którym ruszyłem, jest gdzieś z przodu. Jak go spotkam na mecie, to mam wymówkę: brzuszek. A nie, że słaby jestem!

Pamiętałem, że za Raczą to już dosyć dobra droga do Przegibka, gdzie jest bufet. Była dosyć dobra i gorąca. Najcieplejszy dzień roku zobowiązywał.

Leszka spotkałem, jak wylatywał z bufetu. Radził, żebym odpoczął. Zna się, ma tysiące kilometrów w nogach i parę ładnych ultra. „Odpocznę. Wszyscy tam odpoczywają” – pomyślałem z ulgą.

Umarłem i już mi się nie spieszy

Jak ktoś nie biegł i nie widział, to musi sobie teraz wyobrazić coś, co w książkach przygodowych dla dzieci opisywano jako oaza. Z bezkresnego piachu podróżnik trafiał do skrawka raju. Tak się czułem: stoły uginające się od owoców, ciast i innych przysmaków. Soczyste zielenią drzewa, rzucały przyjemny cień na chłodną trawę. Była nawet fontanna – no dobra, wąż ogrodowy, którym ludzie polewali się dla ochłody. I stół z wodą i izotonikami. Brakowało tylko takich białych aniołków ze skrzydełkami. Wtedy miałbym pretekst, żeby legnąć na trawce, bo przecież umarłem i już mi się nie spieszy.

„Woda czy izo?” – wybiło mnie ze snu pytanie przy wodopoju. Napełniłem bidony i litrowy bukłak. Ze stołu zgarnąłem kilka plasterków arbuza i pobiegłem dalej. Skoro nie jestem w raju, to pieprzyć odpoczynek! Może Leszka dogonię? Może o pierwszą setkę powalczę?

W biegach ultra nie ma chyba nic gorszego jak zakładanie, że skoro to końcówka, to będzie już z górki. Bo nawet jak będzie z górki, to będzie przerąbane

Milusio się zrobiło, ale się skończyło. Jeśli to czytacie: nie idźcie tą drogą. W biegach ultra nie ma chyba nic gorszego jak zakładanie, że skoro to końcówka, to będzie już z górki. Bo nawet jak będzie z górki, to będzie przerąbane. Wielka Rycerzowa wyssała ze mnie entuzjazm. Potem zacząłem się modlić, o czym już pisałem. W głowie miałem też jakąś kretyńską myśl, że przecież 10 km to ja robię w czterdzieści parę minut. To mnie dobiło. Gapienie się na zegarek, który mówił mi: jesteś cieniasem, jesteś cieniasem! Napierałem, a ten cholerny zegarek cały czas walił po gałach ślimaczym tempem (przepraszam w tym miejscu ślimaki, które poczuły się urażone, bo one przynajmniej nie potykają się o kamienie krzycząc „k… ile jeszcze?” i pocą się z większa godnością).

Z odprawy w Ujsołach dzień wcześniej pamiętałem, że:

  1. o tym biegu będzie się lepiej opowiadać, niż go biec
  2. to jest ultramaraton, więc zamknij się i biegnij
  3. na końcówce jest tabliczka „teraz tylko w dół” i będzie tylko w dół
  4. to jest ultramaraton (…) biegnij

Tabliczka okazała się prawdą (punkty). Niestety. Gdy Krzysiek o niej opowiadał w piątek, jarałem się jak dyptam jesionolistny na widok Mojżesza. Na jakimś 48. km też się jarałem. Dosłownie (sorry, taki mamy klimat w tym roku na Wawrzyńcu). A potem zacząłem zbiegać. Jara mnie nie tylko żar z nieba, ale i historia Japonii. Samuraje, judo, które trenowałem, sushi i mity. W Kraju Kwitnącej Wiśni wierzą (a przynajmniej buddyści) w naraki – to miejsca niewyobrażalnych mąk, do których trafia się za złe uczynki po śmierci. Takie nasze piekła, tyle że jest ich sporo. Naraku, to może być też stan umysłu.

To na pewno był stan umysłu kogoś, kto tak poprowadził trasę Chudego Wawrzyńca.

Coraz bliżej piekła

Pierwsze Naraku to Samdźiwa. Pocieszałem się, że ktoś, kto zgotował mi taki los, trafi do piekła Sprawiedliwej Odpłaty na 12,5 miliona lat. Grzesznicy są tam tłuczeni i krojeni, a potem mieleni. Jak moje nogi.

O tym, że to chyba ja odbywam karę, uświadomiłem sobie, gdy na ostrym zbiegu potknąłem się o jakiś długi ciemny badyl. Japończycy uważają zaś, że istnieje coś takiego jak piekło czarnych lin (Kalasutra).

Potem jest jeszcze Samghata, gdzie ludzie są ściskani i miażdżeni (tylko że tam pokutują gwałciciele, a ja nikogo nie…). W miarę kolejnych kroków w dół trafiłem do Raurawa i Maharaurawa – piekieł lamentu. O moje biedne stopy i kolana!

Temperatura stawała się jednak coraz bardziej nieznośna. Upał pasuje do piekła gorąca Tapana i Mahatapana. Na końcu jest Awići. To dziwne piekło, w którym nie ma miejsca, więc jest się upychanym w ogniu. Mnie paliło już wszystko.

Użalam się nad sobą? Żebyście widzieli twarze nieszczęśników, których (o dziwo!) mijałem w końcówce… Czerwone ręce i nogi oraz często pobladłe ze zmęczenia i odwodnienia, wykrzywione w dziwnym grymasie oblicza. Ten grymas zmieniał się na ostatnich metrach w Ujsołach.

Powiększ

Meta Chudego Wawrzyńca
Meta Chudego Wawrzyńca

fotomaraton.pl

Wbiegłem tam zmasakrowany i mijałem ludzi, którzy się uśmiechali, przybijali piątkę, gratulowali, jakby mnie znali osobiście. Czułem satysfakcję. Chyba tylko tyle. A może aż tyle? Na ostatnich kilometrach mówiłem sobie: „nigdy więcej, nigdy więcej”. To „nigdy” słabło. W Ujsołach mówiłem sobie „więcej”…

Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do debiutu w ultra niż Chudy Wawrzyniec: piękne góry, magnetyczni ludzie, pulsująca pozytywną energią atmosfera. Gdyby nie Magda i Krzysiek Dołęgowscy pewnie nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby tam zaczynać. Nie wiem, czy im się to spodoba, ale ich luz i dystans do świata sprawia wrażenie, że bieg jest wielką imprezą. Wszystko jest zorganizowane i zabezpieczone: trasa, punkty żywieniowe, dobra zabawa na mecie. Udaje im się jednak uniknąć tego korpo-komercyjno-wypadasiępokazaćipochwalić-dupościsku, który odrzuca mnie od biegów ulicznych.

Było mi też łatwiej wystartować dzięki sponsorowi (mojemu i biegu – dziękuję za zaufanie Wojtkowi) firmie Solgar 🙂 No i pewnej blondynie, która wie, o kogo chodzi i motywuje mnie do tego, żeby jej udowodnić, że dam radę 🙂


Sprzęt i suplementacja Jak się ubrać i co jeść 🙂

Część osób pewnie jest ciekawa sprzętu jaki miałem (mnie to zawsze kręci, gdy czytam relacje):

  • Na stopach miałem takie glebogryzarki od Inov-8. Rewelacyjne x-talon 212
  • Na plecach wodę dźwigałem w rewelacyjnej kamizelce Race Elite Vest
  • Odległość do mety mierzył mi Polar V800. Okazał się bardzo precyzyjny.
  • Łydki oplotły mi opaski od Compressport
  • Spodenki, koszulka i cała reszta to trofea z różnych zawodów, przecen, wyprzedaży.

Suplementacja:

Komentarze

comments