Tym razem relacja z biegu Chudy Wawrzyniec będzie inna. Dziwna. Więc jeśli nie jesteście gotowi na mieszankę snów, lęków i dziwnych piosenek, to uciekajcie, póki jeszcze czas!foto-uchw16_01_mp_20160806_094720

Wiecie jak to z tym Chudym jest. O 4. rano trzeba stanąć na starcie w Rajczy. Niby nic nadzwyczajnego, ale jednak. Ja mam już tak, że stres zjada mi sen jak Pac-Man kropeczki na Commodore 64. Zamykam oczy i widzę profil trasy. Otwieram i widzę ścianę szkoły w Ujsołach, w której nocowałem przed startem. Znacie to? Z korytarzy i innych sal dochodzi odgłos chrapania. Wydaje się Wam, że wszyscy śpią, tylko do Was odpoczynek nie chce przyjść. A przecież jutro spory wysiłek. Potem nie ma już jutra. Dziś ten wysiłek, za kilka godzin a ja dalej nie śpię. Zasnąłem po pierwszej w nocy. Obudziłem się 2:20. Najpierw budzi zegarek. Siadam nieprzytomny. Potem dzwoni telefon. Dalej siedzę nieprzytomny. I jeszcze iPad się drze. Pobudka na kilka budzików…

Chudy Wawrzyniec: nie wiem, czy śpię

W tym roku miałem kilka takich snów, że zaspałem na start Chudego. Na szczęście nie tym razem. Zakładam ubrania startowe. Siadam na stołku i myślę: „a może mi się to śni?”. Może to ten porąbany sen, że wstaję na bieg, ale na niego nie docieram, albo docieram dzień za późno, tydzień za wcześnie. Sprawdzam zegarek. Data się zgadza. Szkoła ożywa. Za oknem kropi deszcz. Zjadam kaszkę, którą mam na śniadanie przedstartowe. Wychodzę w pełnym rynsztunku i pukam do sali obok: – Ewa, idziemy? – pytam Ewę Majer.

Ewa staje w progu i wygląda jakby spała ostatnie 12 godzin. Rozbudzona, uśmiechnięta. „Kur…a co ze mną nie tak? Ja bym jeszcze pospał?” Znowu zastanawiam się czy ja śpię? Jedziemy autokarem na start. Ewka mnie zagaduje, a ja cały czas myślę, że mi się to śni. Wiem jestem walnięty. Kilka miesięcy przygotowań, setki wybieganych kilometrów, a ja siedzę w autokarze koło najlepszej polskiej biegaczki, która mnie pociesza, że będzie dobrze. To musi mi się śnić!

W końcu ruszamy! Jest fajnie. Pada i zimno, ale biegnie mi się dobrze. Rachowiec atakuję jakbym miał sobie udowodnić, że pora się obudzić. Wbiegam tam na 60. miejscu. Szybciej od zakładanego czasu na 6:45. Nogi niosą. Jest fajnie. Z Rachowca jest konkretny zbieg w dół. Lecę. W pewnym momencie dosłownie. Trafiam stopą na ruchomy kamień. Jest szybko. Do twarzy gwałtownie zbliżają się kamienie. 20 lat treningu judo robi swoje. Robię prawie idealne ukemi. Prawie, bo lewą nogą za mocno walę w kamienie i błoto. Natychmiast wstaję i analizuję starty. Lewe kolano 7 miesięcy temu było operowane. Boli. Ale to inny ból, nie z głębi stawu, tylko powierzchowny. Uff, widzę krew, zwisające kawałki skóry i wiem, że jest dobrze. Deszcz leje, to szybko mi to umyje. Jak nie będę się gapił, to ból też będzie mniejszy. Wiem, ze mi się to nie śni. Ufff…. nie śpię.

13951047_10209302160942822_515723260_o-2

Wstań że rano, a choć o północy
Zagotuj wody i wyparz mu oczy
Wyparz mu oczy, połam jemu nogi
I przewlecz jego hen przez cztery progi

W drodze na Wielką Raczę, szukam monotonii. Takiego złotego środka: swojego tempa i skupienia tylko na biegu, nie na deszczu, zimnie, kolanie czy zmęczeniu. Tylko bieg. Noga za nogą. W głowie po raz pierwszy pojawia mi się muzyka Żywiołaka. I tak już zostanie. Macie czasem taką piosenkę, która wkręci się w głowę i nie chce wyjść? U mnie pojawiłą się „Żona i ksiądz”. Etno rock do tekstu Oskara Kolberga. Wierci mi mózg.

Na Jaworzynie rypie mnie już dokumentnie

Rozgniewała się żona na męża
Wzięła pieniążki i poszła do księdza
A weź że świeczki , wypal jemu oczy
Pójdziesz gdzie zechcesz czy we dnie czy w nocy

Widzę faceta z wystającymi świeczkami z oczodołów. Boli mnie rozcięgno podeszwowe jak idę pod górę. Dziwne: jak biegnę, nie boli. Więc biegnę jak najwięcej. Zimno. Deszcz polewa dziwnymi falami. Mam wrażenie, że uderzają we mnie, od czasu do czasu, takie chmury malutkich kropelek. Biegnę na krótko. Wszystko przygotowane na upał: lekka koszulka, cienkie spodenki. Na uszy naciągam buffa, którego dzień wcześniej dał mi Bartek Gorczyca (z jego autografem +300 do mocy). Power song mnie nie opuszcza. Lira korbowa wierci w środku

Tam za lasem , za leszczczyną
Tańcował ksiądz z gospodynią
Kurek zapiał, pies zaszczekał
Ksiądz ci pierdnął, jak uciekał!

Gdzieś w drodze na Muńcuł myślę o tym, co powiedział mi kiedyś Leszek: „ciesz się tym bieganiem, to także przeżycie estetyczne, chłoń przyrodę”. Chłonę. Wodę. Mgłę. Przyrody prawie nie widać, ale na którymś z podbiegów na Muńcuł są jagody. Niestety uciekł mi zaplanowany wynik poniżej 7 godz. Bardziej do mnie pasuje teraz „Ballada o głupim Wiesławie”. Głupim, bo tempo źle rozłożyłem.

Za niepokorę przyjdzie głupcze Ci zapłacić.
Topielice będą ciebie teraz niańczyć.
Ślepy żywot zducha wieść tu będziesz teraz.
Z rusały wymoczku będziesz tańczyć.

Jem jagody 🙂 Chłonę przyrodę paszczą. Topielice łypią na mnie błędnymi oczami z wielkich bezczelnie rozkładających się na ścieżkach kałuży. Mlaskają swoimi błotnymi jęzorami. W pyski wpycham im podeszwy terraclawów. Jeszcze tylko zbieg. Jakieś 5 km z góry. Błoto, kamienie, trawa, deszcz. Zaczęło już konkretnie lać. Dobiegam na metę i czuję szczęście. Takie surowe. Szczęście z wykonanej pracy, z wysiłku, z jakiegoś głębokiego wewnętrznego doświadczenia surowego piękna gór, kapryśności Chudego Wawrzyńca. Na mecie czeka na mnie ekipa Solgaru. Gadamy, ale Wojtek potem mówi, że byłem nieobecny. Chyba byłem gdzieś w objęciach błota, topielic, kolejnego podbiegu…

Chudy Wawrzyniec w liczbach

64239 uderzeń serca
33212 kroków na trasie
12847 oddechów
5400 spalonych kalorii
2100 metrów zsumowanych przewyższeń
437 minut na trasie
223 maksymalne tętno
35 podbiegów
32 minuty biegu w ciemności
6 większych gór
6 rozcięć skóry po wywrotce
5 plastrów arbuza
4 żele energetyczne
3 asfaltowe fragmenty
3 większe krwiaki
2,5 litra wypitych płynów
2, czarne paznokcie
2, wywrotki
0,5 drożdzówki z jagodami

chudy w liczbach

Komentarze

comments